niedziela, 9 czerwca 2019

Newsboys - United

Newsboys to od dwóch dekad bodaj najpopularniejsza i najlepiej sprzedająca się marka sceny CCM (Contemporary Christian Music). Jej początki sięgają roku 1985, kiedy to panowie Peter Furler i George Perdikis, w australijskiej mieścinie Mooloolaba, powołali zespół do życia. „United” jest ich dziewiętnastą studyjną płytą w dorobku. Jest też płytą szczególną – Furler znów jest w składzie, dzieląc scenę z aktualnym frontmanem – Michael’em Taitem.

Muzyczny styl prezentowany przez zespół zmieniał się diametralnie na przestrzeni czasu (takie „Hell Is For Wimps”, a „Restart”, to przecież kompletnie dwie różne bajki), jednak ostatnie lata Furlera w Newsboys stylistyczne częściowo pokryły się z tym, co zespół robił dalej, już z Michaelem Taitem w składzie. W tym właśnie miejscu odnalazł się zespół na „United”. Ciekaw jestem jak ten „eksperyment” przełoży się na dalsze losy Petera w szeregach zespołu, czy zostanie już na stałe, bo to, co razem stworzyli jest po prostu bardzo dobre. Peter Furler i Michael Tait to wspaniali wokaliści, obaj obdarowani niesamowitym feelingiem, co słychać zwłaszcza w przepięknym „The Cross Has The Final Word” (utwór nie jest dostępny w wersji podstawowej płyty, więc wszystkich zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu wydania deluxe). Obaj porywają też w refrenie kapitalnego „This I Know”. Pełne wdzięku „Fearless” i „Beautiful Story” także zasługują na kilka ciepłych słów.

Zauroczyła mnie ta muzyka. Tak bardzo szczera i pełna pasji. Płyty wypatruję w „polskich internetach”, ale póki co bez efektu. Jeszcze kilka dni i dam zarobić zachodnim sąsiadom, a póki co wciąż jestem zdany tylko i wyłącznie na produkt cyfrowy. Boli bardzo.

wtorek, 4 czerwca 2019

Ossian - A Reményhozó

Jeśli wszystko potoczy się po mojej myśli, to we wrześniu czeka mnie nie lada gratka. Wycieczka do Budapesztu na koncert węgierskiej heavy metalowej legendy – zespołu Ossian. Do kompletu, z Ossian zagra nasz rodzimy Crystal Viper. Podekscytowany sięgnąłem niedawno po nowy krążek Węgrów, już (uwaga!) dwudziesty czwarty w ich karierze – wydany w kwietniu „A Reményhozó”.

Czy byłem zaskoczony, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki zwiastującego go singla „Hangzavarban a harmóniát”? Nie byłem. Ossian przyzwyczaił mnie do swojej szkoły. Uwielbiam te proste, przecinające gitary, metaliczne, suche brzmienie i twarde wokale Andre Paksi. Niczego innego tutaj nie oczekiwałem. Byłem ciekawy już tylko samych kompozycji. W  końcu „dwadzieścia cztery” to nie mało i trochę obawiałem się o kompozytorską kondycję Paksi i spółki. Niestety na obawach się nie skończyło. „A Reményhozó” nie przemówił do mnie w taki sposób, w jaki zrobiły to, dla przykładu „Hangerőmű”, „Titkos ünnep”, albo „Árnyékból a fénybe”. Oczywiście już samo wsłuchiwanie się w tą „naenegretyzowaną węgierską jazdę”, że tak może trochę zbyt infantylnie pozwolę sobie określić bardzo charakterystyczny styl Ossian, sprawia niemało frajdy, jednak do pełni szczęścia stąd jeszcze daleko. Przy takiej ilości wydanego materiału jestem jednak skłonny przymknąć oko na ten przejściowy, miejmy nadzieję, kompozytorski paraliż i nie zniechęcony zapuszczam „A Reményhozó” jeszcze raz. Heavy Metal a végéig!

niedziela, 12 maja 2019

Lebowski - Galactica

Miałem to szczęście, że nie znając wcześniej twórczości Lebowskiego, mogłem w pełni rozkoszować się odkrywaniem „Galaktyki”. Pięć bowiem z dziewięciu zawartych na tej płycie kompozycji, fani mieli już okazję wcześniej usłyszeć. Najpierw przy okazji dwóch singli, jakie ukazały się w roku 2013, później za sprawą wydanego w 2017 roku albumu koncertowego. Proszę bardzo, moja opieszałość w temacie muzyki Lebowskiego została zatem nagrodzona!

Tym bardziej pochłonęła mnie ta płyta, tym mocniej zachwyciła i związała ze sobą. Słucham jej już równy tydzień i nie mogę przestać. Lebowski ma to „coś”. Szybko dorobili własnego, niepowtarzalnego stylu, wystarczyło im do tego raptem dwie płyty studyjne! Zadecydował o tym niesłychany talent i kompozytorska wyobraźnia Marcina Łuczaja i Marcin Grzegorczyka, owa lekkość w komponowaniu nut nastrojowych i zmysłowych, choć gdy trzeba „przywalić” – również są bezbłędni. I to wszystko za pomocą muzyki bez słów, muzyki zdanej na łaskę gitary, basu, perkusji i instrumentów klawiszowych, okazjonalnie ubarwionymi wokalno-dźwiękowymi orentalizmami, dla przykładu w  „The Doosan Way”, czy „Midnight Syndrome” – tu za sprawą gościnnego udziału Katarzyny Dziubak. Kapitalnie się tego słucha, a każde kolejne randez-vous z tą płytą odkrywa przed nami nowe muzyczne lądy. Od prog rocka, po pulsującą jazzem szeroko pojętą muzykę filmową. Moje ulubione fragmenty z „Galaktyki”: „Midnight Syndrome”, „Goodbye My Joy”, „White Elephant” (z naciskiem na obłędną końcówkę”!) i przepiękny „Mirage Avenue”.

czwartek, 9 maja 2019

Suzi Quatro - No Control

Bardzo lubię słuchać radia. Mam kilka swoich ulubionych rozgłośni, swoje ulubione audycje. Z niektórymi jestem za pan brat jeszcze od wczesnych lat 90’ych. Z rozrzewnieniem wspominam tamte czasy, kiedy to, jak śpiewa Turbo – „z uchem przy radio mijał ci czas”, a połowę muzycznej kolekcji stanowiły taśmy z nagranymi z radio utworami. To właśnie podczas słuchania mojego absolutnie ukochanego „Rock Radia” – audycji prowadzonej przez Redaktora Jerzego Szlachtę, na falach Radia Rzeszów, dowiedziałem i zainteresowałem się nowym albumem Suzi Quatro.

„If You Knew Suzi…” to tytuł bodajże jej najpopularniejszej płyty. „Gdybyś znał Suzi”, poznałbyś natchnienie dla dziewczyn z Runaways, Vixen czy Girlschool. Przedstawiam Ci więc, drogi czytelniku, Suzi i jej „New Control” – album przepełniony na poły starej szkoły heavy glam rockiem („Macho Man”, „No Soul / No Control”, „Going Home”), na poły różnorodnym bluesem („Going Down”, „Easy Picking”, „Don’t Do Me Wrong”), a okraszony zadziornym śpiewem tej, wciąż nieźle tnącej na basie babeczki. Suzi Quatro trzyma się niczym Jagger, a jej dobrze znane czarne wdzianko i fryzura, która przez lata nie specjalnie się zmieniła, tylko podkręcają jej retro level. Słucham tej płyty z dużym entuzjazmem, z ochotą sięgnąłem też do jej wcześniejszych wydawnictw – „Back To The Drive” z 2006 roku, oraz wspomnianego już klasyka – „If You Know Suzi…” – rocznik 78. Czy polecam? Oczywiście.

niedziela, 5 maja 2019

Bruce Springsteen - Wrecking Ball

Zbliża się moja kolejna podróż do Stanów Zjednoczonych. Odpowiedni dobór muzyki na drogę, to dla mnie zawsze kwestia priorytetowa. Gdy na zachodzie w uszach grało mi country, tak teraz, zamierzając zwiedzić trochę wschodniego wybrzeża, na myśl przychodzi mi tylko jeden artysta. Właśnie on. Symbol Ameryki.

Łapiąc już powoli klimat, wrzuciłem do odtwarzacza wydany w 2012 roku świetny album „Wrecking Ball”. Lirycznie gorzki jak piołun (Boss wyrzucił nieco brudu pod adresem ówczesnych rządzących), muzycznie jednak – słodki jak miód. „Wrecking Ball” to płyta wszechstronna, daleka od zachowawczości. Bruce śmiało uderza tutaj w rejony gospel, folku, country, a jego kompozytorska forma budzi podziw. Duże wrażenie zrobiła na mnie zwłaszcza pierwsza połowa tego albumu. Świetne „Easy Money”, „Shackled And Drawn”, albo „Death Tomy Hometown”, przyprawione szczyptą folku, przyjemnymi partiami skrzypiec i akordeonu. Jakimś sposobem słyszę tu coś z „Nebraski”, choć to przecież dwie różne płyty. Warto też zwrócić uwagę na finałowy „We Are Alive”. Jest to również kompozycja folkowa, z bogatym instrumentarium, umiejętnie rozwinięta do wesołego utworu na kowbojską nutę. Tych kilka lat temu, „The Wrecking Ball” absolutnie mnie pochłonął, a Springsteen wówczas zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. Dziś z prawdziwą radością wracam do tej muzyki. Proszę pamiętać – już 14 czerwca nowa płyta!

wtorek, 23 kwietnia 2019

Luke Combs - This One’s For You

Luke Combs i Kane Brown należą chyba obecnie do najbardziej popularnych artystów country młodego pokolenia. Ich albumy od miesięcy okupują czołowe miejsca na stronie Billboardu. Dzisiaj chciałem przyjrzeć się bliżej pierwszemu z tej dwójki, pochodzącemu z Północnej Karoliny, dwudziestodziewięcio letniemu Lukowi Combsowi. Od kilku tygodni jestem posiadaczem jego debiutanckiej i jak dotąd jedynej płyty – „This One’s For You”.

Ostatnio pisałem o Kacey Musgraves, że nie należy ona do tej grupy artystów country, która to w kółko śpiewa o piwie, ciężarówkach, knajpach, oraz kombinacji tych trzech. No więc, Luke Combs należy. Na domiar tego, mam wrażenie, że w każdym kawałku z „This One’s For You”, słyszę coś, co już gdzieś, kiedyś słyszałem. Ale wtedy zaczyna śpiewać Luke Combs i moje uprzednie uwagi przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Wokal jest jedną z mocniejszych stron tej płyty, to on ciągnie wszystkie utwory. Na „This One’s For You” mamy ich dwanaście, wszystkie autorstwa Luka Combsa. Oczywiście miał pomagierów, jednak nie ma wątpliwości kto grał tutaj pierwsze skrzypce. Do grona moich faworytów należą „Memories Are Made Of”, „Hurricane”, „When It Rains It Pours” i zamykający „Honky Tonk Highway”. Zastanawiam się jeszcze, czy nie dorzucić tu zabawnego „Beer Can”. Tak, Luke Combs to jeden z tych, co śpiewają o piwie. Combs piwo bardzo lubi (co zresztą widać) i nawet swoją trasę koncertową ochrzcił wymownym mianem „Beer Never Broke My Heart Tour”. Myślę, że znalazłbym z nim wspólny język.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

George Strait - Honky Tonk Time Machine

To jego trzydziesta płyta w karierze (rzecz jasna mam na myśli tylko albumy studyjne). Prawdziwa legenda. Wymieniany jednym tchem z Alabamą, Alanem Jacksonem, Dolly Parton, a nawet (a niech mnie), z Johnnym Cashem i Williem Nelsonem! Tego ostatniego zresztą na „Honky Tonk Time Machine” będziemy mieli okazję usłyszeć.

Album przynosi nam trzynaście zupełnie nowych kompozycji. Sześć z nich napisał Strait. Pomagali mu w tym jego nadworni co-writerzy, to jest syn Bubba, oraz Dean Dillion.

W efekcie tej współpracy powstało trochę ciekawej muzyki, niezwykle prostej (tzw. „Strait Country” – gra słów, oznaczająca tyle co „po prostu country”) i całkowicie zakorzenionej w tradycji. Uwagę na pewno zwraca inspirująca ballada „The Weight Of The Badge”, będąca hołdem dla amerykańskiej policji (ot i Ameryka). Oczywistym jest, że zaglądamy też na „saloony”, do barów honky-tonk. Tegoż żywiołowego, ekspresyjnego grania przy tak zobowiązującym tytule płyty, nie mogło zabraknąć. Wymienić tutaj trzeba tytułowy „Honky Tonk Time Machine”, „Codigo”, oraz bardzo dobry otwieracz – „Every Little Honky Tonk Bar”. Na zakończenie, w leniwej balladzie zatytułowanej „Sing One With Willy”, zaśpiewa nam Willie Nelson. Ci dwaj panowie, tak bardzo zasłużeni dla muzyki country, chyba nie mieli wcześniej okazji, aby zagrać razem. Trzydziesty album w dorobku Straita w końcu zamknął ten temat i niewątpliwie jest to jeszcze jeden powód, aby zainteresować się w tą płytą.