czwartek, 22 stycznia 2026

Petra - Hope

Ależ news na początek nowego roku. Nowy album Petry! Co, jak co, ale nowej płyty od tych weteranów nie spodziewałem się. Ostatni studyjny album Johna Schiltta i spółki ukazał się dwadzieścia trzy lata temu - był to "Jekyll And Hyde".

Sam Schilt ma już 75 lat! Nie do wiary. Zresztą, co tu się dziwić. Komu z was czas płynie powoli? Oprócz Johna Schiltta na "Hope" wystąpili: Bob Hartman (autor wszystkich kompozycji), John Lawry, Greg Bailey i Christian Borneo. A zatem trzon Petry pozostał ten sam. I to słychać. To jest Petra! Oczywiście oni zawsze dalecy byli od powielania swoich pomysłów, styl grupy zmieniał się wiele razy, jednak w ich muzyce zawsze był jakiś wspólny mianownik, coś, co identyfikowało ich na muzycznej scenie. Tak jest i tym razem. Mnie oczywiście najbardziej do gustu przypadły kompozycje stricte rockowe, takie jak "Filthy Lucre", "Skin In The Game", "Miracle Maker" czy "Thorns", jednak nie umniejsza to pozostałym. Wymienione utwory przywołują po prostu mój ulubiony okres twórczości Amerykanów, a więc przełom lat 80ych i 90ych i płyty "This Means War!", "On Fire!", "Beyond Belief" i "Unseen Power". To był czas gdy styl Petry mocno oscylował w okolicy melodyjnego hard rocka w stylu Def Leppard, Survivor czy Journey. Takie akcenty, proszę państwa, jak najbardziej na "Hope" znajdziemy. Ale nie tylko! Po więcej - zapraszam do zapoznania się z tą płytą.

niedziela, 28 grudnia 2025

Bonnie Tyler - The Best Is Yet To Come

Ten album wyszedł zaledwie w dwa lata, po wydanym w 2019 roku i chwalonym przeze mnie "Between The Earth And The Stars". Może właśnie przez to, że ukazał się on tak szybko, mając na uwadze wiek Bonnie Tyler, umknął mi on kompletnie! O "The Best Is Yet To Come" dowiedziałem się, o zgrozo, miesiąc temu - na koncercie Bonnie w Rzeszowie! Podczas tego niezapomnianego wieczoru właśnie, zakupiłem swój egzemplarz.

Tytuł płyty - "The Best Is Yet To Come" stanowi za optymistyczny manifest, pokazujący, że pomimo pół wieku na scenie, Bonnie Tyler wciąż czerpie ogromną radość z tworzenia, a jej muzyka, nadal pełna pasji i rockowego pazura, nie zestarzała się ani na jotę. Muzycznie "The Best Is Yet To Come" jeszcze mocniej kładzie nacisk na lata 80’e, a więc okres prosperity dla Bonnie. Płyta wyprodukowana przez Davida Mackaya, z którym Bonnie współpracowała przy okazji swoich pierwszych sukcesów, jest swoistym hołdem dla tamtej dekady. Odzwierciedleniem tego są same kompozycje - pełne dynamiki i energii, jak chociażby utwór tytułowy, świetny "Dreams Are Not Enough", czy "Hungry Hearts" (cóż za świetny start tej płyty!). Dobre wrażenie pozostawiają też po sobie nostalgiczne ballady, jak "When The Lights Go Down", czy covery, z którymi Bonnie zawsze była za pan brat (pamiętacie świetny "Hide Your Heart"?) - tutaj najjaśniejszym punktem wydaje się być "I’m Not In Love" grypy 10cc. 

Bonnie Tyler na G2A Arena - Jasionka, Rzeszów.

środa, 10 grudnia 2025

Lady Pank - 45

Niezwykle ucieszyła mnie ta niedawna premiera nowego albumu Lady Pank. Przy okazji poprzedniej płyty pisałem, jak bardzo ich muzyka smakuje mi porą zimową - no i proszę - Lady Pank zrobili mi prezent.

Zarówno Jan Borysewicz, jak i Janusz Panasewicz to artyści absolutnie wyjątkowi, nie do podrobienia. Znów sobie to uświadomiłem, wystarczyło zaledwie kilka sekund tej płyty. Tym bardziej, że na 45 rocznicę działalności zespołu Jan Borysewicz postarał się o mocno klasyczne brzmienie, nawiązujące do początków zespołu, kiedy to gitarowe, ostre granie stanowiło DNA grupy. Czaru dopełnia, będący w świetnej formie, Andrzej Mogielnicki - odpowiedzialny za większość liryków na płycie. 

Jest to więc album ostry i rockowy, ale też przede wszystkim - przebojowy. No tak, bo choć Lady Pank od lat trzyma wysoki poziom, to jednak ich ostatnie wydawnictwa nie były wolne od tak zwanych "wypełniaczy". Na "45" szukać ich ze świecą. Jest to bardzo równa płyta, aczkolwiek mam swoich faworytów - tutaj przede wszystkim piękna ballada "Nie myśl o mnie więcej", oraz otwierający album - "Motyle". Swoją drogą, kapitalny wybór na start płyty.

Lady Pank jest w świetnej formie, "45" jest dobitnym tego przykładem. Nie potrafię nic temu albumowi zarzucić, choć pewnie gdybym to ja go wydawał, zmieniłbym okładkę. Wrzuciłbym tam zdjęcie chłopaków. A co! Tak dla klasyki, tak pod pierwszą płytę. Wszak solenizanci przecież!

sobota, 1 listopada 2025

Kitaro - Kojiki

Nazwę Kitaro znam od dziecka. Obok Vangelisa, Mike’a Oldfield’a i Jean Michel Jarre’a zawsze stanowił mi za ścisły top muzyki elektronicznej, new age, czy folk. Gatunkowe spektrum, podobnie jak u pozostałych, jest tutaj znaczne. W ostatnim czasie wpadło w moje ręce kilka jego płyt. Część już znałem, aczkolwiek nie słuchałem ich lata, jak na przykład "Oasis", a część poznałem dopiero - lepiej późno, niż wcale - teraz.

Wydany w 1990 roku album "Kojiki" to jeden z najbardziej znanych i cenionych albumów Kitaro. Tytuł płyty nawiązuje do najstarszej japońskiej kroniki, zawierającej mity, legendy i wiersze o narodzinach Japonii i jej ludu. Muzycznie więc, jest to podróż niezwykła - w sam środek mistycznej krainy japońskich legend. Podana pięknie, w sposób łagodny, głęboki i harmonijny - typowy dla stylu Kitaro, który łączy elektroniczne brzmienia syntezatorów i fletów ze wschodnimi orkiestrowymi elementami, przy czym kompozycyjnie jest to, moim zdaniem, pierwsza liga w dorobku artysty. Jakby tego było mało, wspomnieć też muszę, że w nagraniu "Kojiki" brała udział sekcja smyczkowa The Skywalker Symphony Orchestra, co nadało temu dziełu jeszcze bogatsze, symfoniczne brzmienie.

Ulubionych utworów nie wymienię, bo się nie potrafię - ten album jest po prostu świetny, jako całość. Napomknę jednak, że jest "Kojiki", to jedna z kilku płyt, jakie zabrałem ze sobą w moją w tegoroczną podróż do Japonii i... no cóż, gdybym miał okazję pojechać tam ponownie, na pewno nie zamieniłbym ów płyty na inny tytuł.

sobota, 4 października 2025

Mike Oldfield - Platinum

Jesień jeszcze dobrze się nie zaczęła, za to ja Oldfielduję już w pełni. Pisałem kiedyś o mojej słabości do muzyki Mike'a Oldfielda o tej porze roku. Nic a nic się nie zmieniło - wciąż nadaję na tych samych falach, co 1996 roku, kiedy jesienią posłuchałem jego "Tubular Bells" po raz pierwszy w życiu. Niemal 30 lat temu…

Nie o "Tubular Bells" jednak chciałem pisać, ale o "Platinum" - to piąty album Mike’a Oldfielda, wydany w 1979 roku. Była to płyta zauważalnie bardziej dynamiczna od poprzedzających ją dzieł i może też przez to - nieco łatwiejsza w odbiorze, jednak cały czas mająca tego ducha wczesnych dokonań Brytyjczyka. Późniejsze płyty, zwłaszcza te z końca lat 80’ych, mimo, że piękne, gdzieś tego ducha utraciły, ukierunkowując się bardziej na formę piosenkową. "Platinum" to stara szkoła - ta wpisująca się w mój wspomniany jesienny pejzaż. 

Choć nie każdy ten widok dostrzega - "Platinum" spotkał się raczej z chłodnym przyjęciem ze strony krytyki. No cóż, na szczęście nie jestem krytykiem, a prostym miłośnikiem muzyki. Do pierwszych dwóch części "Platinum" ("Airborne" i "Platinum") zawsze będę wracał z dużym rozrzewnieniem, by dołożyć do nich też atmosferyczny i świetlisty "Woodhenge" - nazwany na cześć neolitycznego monumentu Woodhenge, znajdującego się w pobliżu Stonehenge w Anglii. Zestaw moich ulubionych utworów uzupełnia "Into Wonderland" (pierwotnie "Sally"), który za sprawą charakterystycznego wokalu Wendy Roberts, stał się tutaj prawdziwą wisienką na torcie, jak również pierwszym "popowym" utworem Oldfielda, z żeńskim wokalem - popularnych później, w latach 80ych, zwłaszcza za sprawą "Moonlight Shadow" z Maggie Reilly.

środa, 17 września 2025

Gwen Stefani - Bouquet

Pierwszy album Gwen Stefani, jaki przesłuchałem w całości. Mało tego - przesłuchałem, a potem włączyłem go jeszcze raz! I jeszcze raz… i jeszcze! Czemu tak? Czyżby "Bouquet" okazał się być albumem country? Nie do końca, aczkolwiek kierunek się zgadza.

"Bouquet" trwa około pół godziny i muzycznie oscyluje na pograniczu country-popu i rocka. Atrakcyjny pod względem kompozycyjnym, świetnie sprawdza się podczas jazdy samochodem, mocno nakręca spiralę jeszcze jednego odsłuchu. Z moich osobistych faworytów wymienić chcę "Somebody Else’s", "Bouquet", "Late To Bloom" i "All Your Fault".

Czyja więc to "wina", że ten album brzmi tak fajnie i słucha się go tak dobrze? Blake’a Sheltona - amerykańskiego gwiazdora country, którego Gwen poślubiła w 2021 roku i "Bouquete" jest jej pierwszym albumem od tamtego czasu? To brzmi całkiem sensownie, zwłaszcza, że w tekstach swoich piosenek Gwen często hołduje Blake’owi, wystąpił on też gościnnie w zamykającym płytę utworze "Purple Irses". 

Jeśli Gwen pójdzie dalej tą drogą, to ma we mnie wiernego fana. Kto wie, może nawet pogrzebię w No Doubut i dla sentymentu poripituję "Just A Girl", albo "Don’t Speak" - zresztą całkiem niezłe utwory i - co przerażające - mające już na karku 30 lat…

czwartek, 4 września 2025

Helloween - Giants & Monsters

Świetne uczucie móc znów się cieszyć muzyką Helloween! Było już kiedyś tak, ale kiedy to było… Czy zatem poprzedni album nie dał mi tej radości? Właśnie nie do końca. Czegoś mi na nim zabrakło. Po epickim reunionie z Michael'em Kiske i Kai'em Hansenem, co zrozumiałe, chłopaki chcieli w tamtą płytę wpompować ile się da… i chyba zwyczajnie ją przepompowali. "Giants & Monsters" jest swobodniejsze, przystępniejsze.

I to już od pierwszego odsłuchu. Kompozycje takie jak "Giants On The Run", "A Little Is A Little Too Much", "This Is Tokyo", "Hand Of God" czy "Majestic" robią doskonałe pierwsze wrażenie, a następne rundki z "Giants & Monsters" tylko dodają im krzepy, przy okazji tworząc przestrzeń dla kolejnych perełek, które tylko czekają na złowienie. Tak było na przykład z "Under The Moonlight" - utworu, który spokojnie mógłby się odnaleźć w okolicach magnum opus Helloween - jedynki i dwójki "Keeper Of The Seven Keys".

Wokaliści Andi Deris, Michael Kiske i Kai Hansen współpracują ze sobą, jakby śpiewali razem od co najmniej dwudziestu lat. Za to co zrobił Helloween, wypada im tylko pogratulować. Nie było kolejnego Judas Priest i KK Priest. Nie było Rhapsody Of Fire i Luca Turilli’s Rhapsody. Michael Weikath po prostu zebrał całą ferajnę i na czele z trzema wokalistami, rozpoczął zupełnie nowy i całkiem możliwe, że najważniejszy etap w historii Helloween. Chylę czoła.